Przejdź się ze mną na wystawę

Iz.,

Uwaga wstępna:

Straciłam już nadzieję, że namówię Cię na napisanie kolejnego posta w konwencjonalny sposób (prośbą, groźbą, marudzeniem, zastraszaniem albo błyskotliwymi pytaniami w stylu „co robiłaś w miniony weekend, hę?”). Dlatego postanowiłam złamać zasady, nie czekać na komentarz do Arbus, nie czekać na Twój wpis, wepchnąć się do kolejki i swoją nadgorliwością Cię zawstydzić, zainspirować, zdenerwować lub przynajmniej zmo-bi-li-zo-wać do pisania.

Wstęp:

Wiadomo nie od dziś, że przełom grudnia i stycznia jest wyjątkowo paskudnym momentem do robienia jakichkolwiek postanowień („będę biegać” – za zimno; „będę się odchudzać” – nie ma świeżej zieleniny; „będę wcześniej wstawać” – o 7 jest nadal ciemno), dlatego daruję sobie przedstawienie Ci oszałamiających planów na rozkręcenie bloga. Zafunduję sobie (i Tobie) małe podsumowanie mijającego roku – w formie odkryć i zachwytów. To taka mała wirtualna wystawa. Jako jej kustoszka i bileterka: zapraszam. Jako lekko już nudzona pani pilnująca polecam podczas zwiedzania tę piosenkę. Jako ktoś, kto chętnie poobcinałby palce tym, którzy piszą durne opisy do tzw. „dzieł sztuki” obiecuję: niemal zero podpisów.

Mam nadzieję, że nie będzie Ci nudno, mam nadzieję, że wspomnę o czymś, o czym jeszcze nie wiesz. Ale jeśli pomyślisz „tak, było nudno” i/lub „znałam wszystko, spadaj” – mam jedną radę.

Napisz coś sama!

No i do sedna:

John Kenn Mortensen – ten obrazek mam przed oczami podczas każdego lotu samolotem.

John Kenn Mortensen

Maria Rubinke – kilka lat temu uwielbiałam Happy Tree Friends, ale teraz wolę ją.

Maria RubinkeAyako Kanda i Mayuka Hayashi – kojarzy mi się z ulubionym teledyskiem i tym, że pod koniec liceum zrobiliśmy zdjęcia całej klasy, które potem przekiblowały całe wakacje na wystawie lokalnej księgarni (taka tradycja). Chciałam wtedy zrobić wszystkim zdjęcia RTG, ale pomysł się nie spodobał. Do dziś nie wiem czemu.

x-ray-couple-portraits-ayako-kanda-mayuka-hayashi-1

Christian Schloe – Frida Kahlo.

Christian Schloe

20120520-Las-dos-Fridas

Chema Madoz–  a to widzę zawsze wtedy, kiedy muszę robić coś, czego bardzo nie chcę robić.

Chema MadozNicoletta Ceccoli – podoba mi się każdy jeden jej obrazek, ale ten szczególnie: w dzieciństwie wymyśliłam własną wersję legendy o smoku, luźno* opartą na mojej ukochanej bajce z serii „Poczytaj mi mamo” („Przepraszam smoku): gadem sterowała królewna, która upatrzyła już sobie męża i nie chciała wyjść za żadnego z wojujących o jej rękę nieudaczników.  Wyobraź więc sobie co poczułam, patrząc na ten rysunek (podpowiedź: radość, bo przypomniałam sobie jakimi ścieżkami chadzał mój nieletni mózg i przykrość, że ten pomysł wcale nie był oryginalny)!

contrarymary-498x387

Matylda Konecka – „Saving The Ideas”, taki tytuł. Rozczula mnie ten czerwony, jego spuszczony nosek i ciężki krok, i burdel pod tą parasolką. Że tak powiem – znam to.Matylda Konecka

Yelena Bryksenkova – podejrzewam, że trafiła tutaj dlatego, że jako dziecko najpierw wierzyłam, że mogę latać („trzeba się rozhuśtać i rozłożyć ręce i nie bać, że się spadnie, bo jak się człowiek boi to nie poleci” – uczyłam rok młodszą kuzynkę**), a potem już tylko o tym marzyłam (złośliwym komentarzom o lataniu samolotem mówię: won!)

Yelena-Bryksenkova22-500x701

Klaudia Gaugier -w tym roku zakochałam się najpierw w Tunie, potem w Yogurt the Pirate, a na końcu w tych lalkach. Widzę związek, widzę logikę! A Ty?

557926_657257337648135_272136304_n

To juuuuż prawie koniec, ale czym byłby ten post – pisany w bardzo konkretnym celu (pisz, do cholery!) bez zdjęcia czegoś, co (jestem tego pewna!) naprawdę Ci się spodoba?

4ac08c62fb81d110f363f3731aa58178_L

To jak będzie?

Kasia

*bardzo luźno, bajka raczej typowa, książę zdobył rękę księżniczki, a ona nie miała nic do gadania

**żyje

Hej mutanci! Przed obiektyw!

Iz.,

Kilka dni temu przejeżdżałam tramwajem przez dworzec, zaspana, więc nie zwróciłam większej uwagi na sporą wlepkę z tym zdjęciem:

diane-arbus-identical-twins-new-jersey                                                                                                                                                                                              Źródło

Mimo, że dobrze je znam. Dziś zwróciłam na nie większą uwagę i ucieszyłam się, bo pomyślałam, że szykuje się w Krakowie wystawa zdjęć Diane Arbus – no bo z jakiego innego powodu ktoś miałby nakleić to zdjęcie na dworcowym murze? Sprawdziłam sekcję „aktualności” w muzeach, pogodziłam się z tym, że jednak wlepka nie była zapowiedzią wystawy i pomyślałam, że napiszę Ci o Diane.

Możliwe, że wcześniej już o niej słyszałaś. A jeśli nie – na pewno widziałaś jej zdjęcia. To tylko kilka tych najbardziej znanych:

arbus_untitled1                                                                                                                                                                                                 Źródło

arbus-kid-grenade-643x670                                                                                                                                                                                              Źródło

Arbus_Diane (1)(1)                                                                                                                                                                                              Źródłoartwork_images_138991_257064_diane-arbus-1                                                                                                                                                                                            Źródło

h2_2001.399                                                                                                                                                                                           Źródło

tumblr_mbxtqyL3ZI1qiv63po1_1280                                                                                                                                                                                     Źródło

Photographer+Diane+Arbus+was+renowned+for+her+unflinchingly+honest+portraits%0A(br)(-br)©+All+pictures+courtesy+of+Diane+Arbus+Estate,+LLC,+1972                                                                                                                                                                                       Źródło

hermaphrodite-and-dog-in-a-carnival-trailer-diane-arbus-maryland-1970                                                                                                                                                                                                    Źródło

diane-arbus-7-780x781                                                                                                                                                                                      Źródło

Black & White Square Portrait Photographs by Diane Arbus (4)                                                                                                                                                                                            Źródło

Z Diane i fotografią było tak: najpierw, mając 14 lat, zakochała się w bardzo utalentowanym, bardzo biednym i nieco o niej starszym Allanie Arbusie. To on nauczył D. warsztatu, ale nie od razu. Przez 4 lata D. była zbyt zajęta: chodziła na potajemne randki i przekonywała rodziców, że Allan to TEN. Rodzicie długo się opierali, bo tak się złożyło, że byli jednymi z najbogatszych ludzi w Nowym Jorku (mieli słynny sklep Russek’s przy Piątej Alei) i ubogi zięć, który na dodatek chciał zostać artystą, nie był im w smak.

Diane była jednak bardzo uparta (ta cecha przydała jej się później, kiedy przekonywała ludzi, żeby jej pozowali) i po 18 urodzinach wyszła za Allana. Ich małżeństwo przetrwało 17 lat. W tym czasie zostali rodzicami (mieli dwie córki – Doon i Amy. Dziś Doom jest pisarką, Amy – fotografką) i założyli własne studio. Wyspecjalizowali się w fotografii modowej, a że oboje mieli talent, o współpracę z nimi zabiegały m.in. Glamour, Harper’s Bazaar, Vogue, Esquire, Newsweek, Seventeen i New York Times.

Jak wspomniałam, Diane i Allan się rozstali. Najpierw rozeszły się ich drogi zawodowe – Diane nadal chciała zajmować się fotografią, a Allan marzył o karierze aktora; później A. zakochał się w innej i opuścił D. Mniej więcej w tym czasie Diane zaczęła robić zdjęcia, które widziałaś wyżej. Od dziecka mieszkała w Nowym Jorku, ale – jak sama mówiła – poznała miasto dopiero wtedy, kiedy zaczęła chodzić w miejsca, w które chodzić nie wypadało.

Z kilkoma aparatami i mnóstwem rolek zaglądała do burdeli, przytułków dla bezdomnych, zakładów psychiatrycznych i cyrków. Zdjęcia robiła tym, którzy nigdy nie znaleźliby się na okładce żadnej gazety (pamiętaj, mówimy o latach 60. Dziś jej zdjęcia pewnie też nie znalazłyby się na okładce takiego, dajmy na to, Newsweeka – nie są już kontrowersyjne. I nie ma na nich księży z małymi dziećmi): chorym na zespół Downa, zdeformowanym, garbatym; gigantom i karłom;  prostytutkom, transseksualistom i ludziom, którzy lubili chodzić bez ciuchów; brudnym bezdomnym i wymuskanym leciwym damom.

Jeden z krytyków powiedział, że Diane udało się zebrać „galerię potworów”. Ja lubię te zdjęcia, bo pokazują normalnych ludzi, dziwne, co nie? „Normalnych” w tym sensie, że odsłonili się przed D. (patrz upór) i pozwolili je sfotografować się dokładnie takimi, jakimi byli. W tamtym czasie szokował temat (a być może i to, że podjęła się go młoda kobieta?), dziś może szokować naturalność tych zdjęć. Nie wiem, czy celebryci rzeczywiście mają tyle zastrzeżeń do swoich ciał, że bez wahania zgadzają się na idiotyczne retusze (niektórzy tłumaczą się potem, że nie mieli na to wpływu). Wiem, że moje koleżanki, ładne dziewczyny, mają swoje listy pt. „tak mnie nie fotografuj” (np. nie na siedząco i z boku, bo mi fałdki widać). A u Arbus jest tak: „to jestem ja, proszę bardzo, śmiało mnie fotografuj”.

Nie wiem z czego wynikała ta odwaga. Może po prostu z tego, że na tych ludzi tzw. porządni obywatele i tak nie zwracali uwagi? Na zasadzie „skoro na mnie nikt nie patrzy/odwracają ode mnie wzrok – mogę wyglądać jak chcę”. Nie łudzili się, że wygląd im coś ułatwi, coś zapewni, więc mogli być po prostu – sobą (albo szukać siebie – w przypadku transseksualistów).  A może ja zbytnio filozofuję i było tak: była Diane, byli oni; ona miała aparat, oni chęć do pozowania. No i już.

Inny krytyk próbował udowadniać, że fotografie – albo miejsca, w których zostały zrobione – przyczyniły się do samobójstwa  Diane (26 lipca 1971 roku, kiedy zjadła garść psychotropów i podcięła sobie żyły, miała 48 lat). Ale wystarczy przeczytać biografię Arbus, żeby wiedzieć, że to nieprawda. Może nawet te zdjęcia sprawiły, że zajęła się czymś dla niej ważnym i żyła trochę dłużej (na depresję cierpiała od wczesnej młodości)?

Diane Arbus to moja ulubiona fotografka. A ty masz jakąś?

A to Diane z córką:

selfportrait-Diane-Arbus-on-arcstreet.com                                                                                                                                                                                        Źródło

Ciało

6792049446_jpg_522x282_upscale_max_q85

Kasiu,

wywołałaś ten temat i mam przeczucie, że może on z nami zostać na dłużej. Chyba żadna dziedzina sztuki nie jest tak związana z ciałem jak taniec. Dlatego chce cię zaprosić na pewien spektakl, który ciałem opowiada o ciele: bODY_rEMIX / gOLDBERG_vARIATIONS w reżyserii Marie Chouinard.

Ponoć taniec to język uniwersalny. Oznacza to, że każdy powinien go rozumieć. Przynajmniej wtedy, kiedy tancerz posługuje się nim prawidłowo. A tancerze Marie Chouinard posługują się nim znakomicie i snują opowieści, które są porywające nawet dla ludzi nie mających o tańcu współczesnym bladego pojęcia.

To opowieści o ciele, o płciowości, o zmaganiach z ograniczeniami narzuconymi i przez ciało samo i przez kulturę. Jest w nich dużo dramaturgii i całkiem sporo poczucia humoru. Prowokacja, ironia, smutek i złość. I piękno. Zaskakujące, niebanalne, inne.

Choreografia wykorzystuje takie środki, które przełamują i ograniczenia ciała i kulturowe tabu. Tancerze  posługują się laskami, kulami i innymi akcesoriami dla niepełnosprawnych.  To zmienia ich ruch i sylwetkę, zarazem ogranicza i stwarza nowe możliwości. Krótkie laski trzymane w ustach przymocowane do głowy lub innych części ciała dają nowe punkty podparcia zmieniają, równowagę ludzkiego ciała. Linki asekuracyjne pozwalają się oderwać od ziemi. A to wszystko w rytm Bacha.

Zapraszam,

Iza

Iz.,

masz rację. Ciało jest tematem zbyt wdzięcznym, by za szybko porzucić go na rzecz innych. Przed obejrzeniem filmów sądziłam jednak, że zagalopowałaś się pisząc: ” jest w nich dużo dramaturgii i całkiem sporo poczucia humoru. Prowokacja, ironia, smutek i złość”. Byłam skłonna zgodzić się jedynie z tym, że w tańcu jest piękno, rzucić okiem na przedstawienie, napisać, że: „tancerze sprawni, taniec płynny, bywa, że są ciekawe momenty” i z czystym sumieniem zająć się pisaniem swojego wpisu (nie będę Cię trzymała w napięciu – będzie o <cisza_napięcie_nerwowe szepty_fanfary> ciele).

Nie chcę wyjść na ignorantkę, ale do tej pory chyba nie przepadałam za przypatrywaniem się tańcom. Eleganckie towarzyskie mnie nudzą, baletowe – zachwycają na chwilę*, weselne pijackie – bawią (jako obserwatorkę) lub złoszczą (jeśli jestem  pochodzącą z nieuchronnej popółnocnej  łapanki współuczestniczką wygibasów i podporą wciętego mistrza parkietu).

*na przedstawienie patrzę tak z 10 minut. Potem zastanawiam się, jakie wyrzeczenia i uszkodzenia ciała znosiły te tancerki – w swojej drodze ze szkoły baletowej na jakąś bardziej liczącą się scenę.

W każdym razie – obejrzałam wszystkie filmy, nawet dwa razy. I odkryłam, że Ty miałaś rację, a ja lubię taniec. Może nie każdy, może nie należący do głównego nurtu promowanego przez celebrytów otwierających swoje szkoły tańca, ale jednak – lubię. Podobają mi się te szczupłe, silne, skrępowane i ograniczone ciała. Na początku sytuacje zaaranżowane przez Marie wydawały mi się bardzo nienaturalne – tancerze nie są przecież niepełnosprawni, ich ograniczenia są chwilowe. Ale potem pomyślałam, że dla nich poruszanie się w ten sposób może być własnie przez to trudniejsze; mają nogi, które próbują stabilizować ciało – ale nogi są związane. Czy mózg szybko daje sobie radę z tym poznawczym rozdźwiękiem? Sądzę, że nie. Myślę, że nie bez znaczenia są także wspomniane przez Ciebie akcesoria. Co ciekawego jest w tej wstążce, którą wymachują czasem tancerki sportowe? Nie wiem, serio. Wiem za to, co jest ciekawego w kulach, pseudobalkonikach i laskach: wszystko.

Ten taniec to chyba pierwsza rzecz, która najpierw gruntownie mnie odrzuciła, a potem zauroczyła. Taka wymiana była chyba celem naszego bloga, możemy zatem uznać, że mamy na koncie sukces.

A w temacie ciała: te zdjęcia skojarzyły mi się z pierwszym filmem:

209131_1684837534289_107688_o

30643_1254130686887_4810761_n

615039_3646230607890_777193094_o

 

To Aldona Plewińska. Nie będę o Niej za dużo pisać, jeśli chcesz, możesz poczytać TUTAJ, a więcej jej zdjęć zobaczyć TU. W każdym razie od razu o Niej pomyślałam, właśnie w kontekście piękna ograniczonego niepełnosprawnością ciała.

Kasia

Czy moje zęby trafią na wystawę?

Iz.,

Najwyższa pora na coś nowego. Choć nie do końca. Znowu biorę Cię za rękę i maszerujemy w świat kobiet, ciał, cycków, sztuki i zmian. No i niezadowolenia – ze wspomnianych ciał, oczywiście.

Ten tekst możesz potraktować jako wstęp do tego, który teraz czytasz. Ale nie musisz.

O Oli usłyszałam podczas zeszłorocznego Miesiąca Fotografii w Krakowie. Pokazała tam swoje piersi – właściwie nie tylko swoje, ale 15 innych kobiet też. Co je łączyło? Ciężar. Na swojej stronie internetowej Ola cytuje lekarzy: bezpieczna waga biustu to kilogram. Jej ważył 5. Ważył, bo Olka zdecydowała się na operację zmniejszenia piersi. Po pięciogodzinnej operacji w worku na odpady medyczne wylądowały 2 kilogramy „mięsa”. Na chwilę zostały wenflony, sączki i środki przeciwbólowe, na zawsze – blizny, które również znalazły się na zdjęciach.

Tak piersi Oli wyglądały przed operacją:

ola

ola

Tak zaraz po:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Julia Kozerski, której historię mogłaś przeczytać w podlinkowanym artykule, nie zdecydowała się na pokazanie ciała „przed”. Można zobaczyć, jak wyglądała w ubraniu, ale nie rozebrała się, by odsłonić ponad 140 kilogramów. Zrobiła to, ważąc niemal połowę mniej – dlatego właśnie projekt nazywa się „Half”. Więc tak: jeśli w ciągu roku schudniesz o połowę, nie będziesz się za dużo ruszać i korzystać z zabiegów oferowanych w salonach piękności* możesz wyglądać mniej więcej tak:

*wiem, że to nieco archaiczna nazwa, ale nie bardzo wiem, jak teraz nazywają się takie gabinety. Przypuszczam, że w nazwie musi pojawić się słowo „centrum”.

PageImage-497933-2508742-Half_Online_Preview15PageImage-497933-2508731-Half_Online_Preview4PageImage-497933-2508732-Half_Online_Preview5

Kiedy trafiłam na zdjęcia Julii, zamieszczane na całkiem prestiżowych portalach fotograficznych, skupiłam się wyłącznie na tym, jak wyglądała po odchudzaniu – na jej ciele, rozstępach, obwisłej skórze. Wszystkim tym, co wydaje mi się nieładne; wszystkim tym, czego ja nigdy nie chciałabym mieć. Zaczęłam analizować jej ciało kawałek po kawałku. A ona ułatwiła mi zadanie, publikując m.in. takie zdjęcia:

PageImage-497933-2508730-Half_Online_Preview3

Dostałam jej ciało na wirtualnym talerzu: mam zbliżenie rozstępów, mam zbliżenie odrastających włosów. Julia wiedziała, co będę chciała zobaczyć i czego, w pierwszej kolejności* będę szukała na tych fotografiach – projekt „Half” zajmuje mnie o wiele bardziej, niż „Changing Room”. Ten drugi pokazuje Julię w coraz mniejszych ubraniach; bez „Half” mógłby być dokumentacją potężnego sukcesu, bo w tych ciuchach Kozerski wygląda naprawdę ładnie. Ale wszystkich bardziej interesuje Julia naga.

*Julia opublikowała w sieci spory artykuł, będący komentarzem do zdjęć. Przypuszczam, że miało służyć to temu, żebym od pierwszej kolejności przeszła jednak do drugiej.

Ta druga kolejność, której właśnie poświęcony ma być mój wpis, to – dla Ciebie – nic nowego, nic nowego w moim myśleniu. Bo zastanawiam się nad tym, kiedy ciało staje się sztuką – każdy z nas je ma, nie każdy myśli o nim w takich kategoriach. Ja na ten przykład. Julia i Ola miały pewne „defekty” (uznaję dyskusyjność tego stwierdzenia), ja też. Zastanawiam się, czy mogłam zrobić podobny projekt i wywołać podobną dyskusję kilka lat temu, kiedy wkładałam na moje wampirzokrzywe zęby aparat korekcyjny.

Pod koniec leczenia moje zęby wyglądały już dość przeciętnie, ale na początku widok był zachwycająco przerażający: krwawe dziury w dziąsełkach po wyrwanych czwórkach, dwójki wywinięte na lewą stronę i wywindowane w górę, wystające jedynki, których górna warga nie była w stanie opatulić i ukryć.  A na tym wszystkim cienki drucik, który łączył całe towarzystwo i sprawił, że teraz zęby stoją w jako-takiej kolejności. Mam zdjęcia; wiem, że 10 lat temu mnie zawstydzały, sprawiały, że każdy uśmiech maskowałam dłońmi. Dziś patrzę na nie już inaczej – a spojrzałam pierwszy raz właśnie po wizycie na blogu Julii.

Czy zdjęcia moich zębów byłyby już sztuką? Co musiałoby się stać, żeby nią były? Zdaję sobie sprawę, że to, w pewnym stopniu, przerabiałyśmy już w przypadku Evy&Adele i Mariny. Różnica, dla mnie ważna, polega na tym, że one (E.A.M.) świadomie modyfikowały swoje ciała – świadomie robiły z nich coś, o czym można było rozmawiać językiem sztuki. A Ola po prostu zmniejszyła piersi. A Julia po prostu schudła. Obie po prostu zrobiły zdjęcia. Ale ja patrzę na te zdjęcia jak na obrazy. Działania, które nie były planowane jako performance, nabrały takiego charakteru.

Więc – czy moje prostowanie zębów może trafić na tę samą półkę?

Kasia

P.S. Z całego projektu „Half” najbardziej magnetyzuje mnie zdjęcie, na którym nie ma rozstępów, zaczerwienień i brzydkiej skóry. To:

PageImage-497933-2508741-Half_Online_Preview14

Kasiu!

Czy Twoje zęby są sztuką?

To zależy od tego, czego oczekuje się od sztuki. Ja oczekuję, że zobaczę rzeczy z nowej, niedostępnej mi wcześniej perspektywy, że dowiem się czegoś nowego o świecie. Oczekuję, że sztuka wzbudzi mój zachwyt, zdumienie, niepokój, że wstrząśnie moimi opiniami, a może i systemem wartości.

Dlatego dla mnie twoje leczenie ortodontyczne nie nadaje się na dzieło sztuki.  To tylko wciskanie zębów do szeregu, po to by nie wyróżniać się pośród innych. Aby samemu stanąć w szeregu.

To samo dotyczy piersi Oli. Ten projekt nie podoba mi się z kilku względów. Po pierwsze (o czym pisałam już w Let the show begin), nie lubię dzielenia kobiecych ciał na części. Po drugie na świecie nie brakuje ludzi, którzy z jakichś przyczyn chętnie opowiadają o swoich operacjach i pokazują blizny. Pewne kobiece pisemko ma nawet taką rubrykę: „Moja operacja”. Dla mnie dzieło Oli zalicza się właśnie do tej kategorii. Po trzecie, dobrze wiemy, że piersi służą obecnie do sprzedaży i popularyzacji wszystkiego od blachy falistej po partie polityczne. Wiadomo, że jak się robi projekt, który zawiera piersi (szczególnie duże) to wzbudzi  on zainteresowanie. Ale dla mnie to po prostu jedna z operacji, podczas których z przyczyn zdrowotnych/estetycznych usuwa się nadmiar tkanki. Mogły by to być migdałki, torbiel, czy mięśniaki, chociaż publiczność pewnie woli oglądać dokumentację operacji pomniejszania piersi.

 Inaczej jest w przypadku Julii. Punkt wyjścia jest podobny: dostosować się do obowiązującej normy kulturowej.  Ale to, co dzieje się później, to już zupełnie inna historia.

Ciekawy jest już sam tytuł. „Half” sugeruje brak, niepełność, niekompletność, a może nawet i stratę.  Kiedy obejrzałam zdjęcia Julii – najpierw grubej a później odchudzonej – w pierwszym odruchu pomyślałam, że ma ona czegoś za dużo. Za dużo tłuszczu, za dużo wiszącej skory. Ale może jest zupełnie inaczej.  Może czegoś tu brakuje. Może widzimy tylko połowę.

„W każdym grubasie tkwi ukryty szczupły człowiek, trzeba go tylko wydobyć” – słyszałaś kiedyś to zdanie? Jest bardzo popularne wśród propagatorów odchudzania. Zawsze uważałam je ze niewiarygodnie brutalny atak na tożsamość ludzi grubych. Bo cóż to niby znaczy? To stwierdzenie, że ci ludzie nie są sobą. To, co widzą rano w lustrze, to nie oni. To jakiś dziwny nieokreślony twór, a oni ukryci są gdzieś wewnątrz. Powinni wyruszyć na poszukiwanie samych siebie, wydobyć się, uwolnić (z tego co jest ich-nie-ich ciałem). Wyciosać, jak rzeźbiarz, który obrabia bryłę marmuru. Poszukiwanie jest trudne, bo przecież sami nie wiedzą, jak wyglądają. Nigdy siebie samych nie widzieli. Wiodą przerażające życie ludzi bez tożsamości. Sugeruje im się jednak, że ich zagubione szczupłe postaci są piękne.

Ten ukryty szczuplak, jest piękny z definicji, bo przecież piękny=szczupły. Dlatego warto się męczyć: głodzić się i pocić i przenigdy nie przywiązywać się do tego przypadkowego worka tłuszczu, o którym błędnie mówiło się „ja”.

Julia poszła tą drogą. Podjęła ogromny wysiłek, aby szczupłą – prawidłową siebie wydobyć z grubej – nieprawidłowej.  Pokonała trudności i nie bala się pokazać światu, co znalazła.

To dla mnie pierwszy krok w obszar nazywany sztuką:  Julia obnażyła wielkie kłamstwo, które sączy się w kobiece umysły wszystkimi kanałami. Odchudzanie nie jest rodzajem magii, który przemienia żaby w księżniczki , nie jest obowiązkiem. „Half” sugeruje mi, że być może Julia nie tylko nie odnalazła prawdziwej siebie, ale że chudsza o 70 kilogramów jest Julią niekompletną.

Drugi krok:  Jej zdjęcia z cyklu „Half” nie są prostą dokumentacją procesu. Te zdjęcia są wyraźnie estetyzujące, pokazują, jak ciało Julii funkcjonuje w przestrzeni, są podjęciem dyskusji z obowiązującym w kanonem, są rzuceniem mu  wyzwania.

Trzeba  zapomnieć o celach wyznaczonych przez kolorowe magazyny, aby zobaczyć, jaka jest Julia.  Że wygląda jak bogini, która jest odziana we własną skórę niczym w powłóczystą szatę, że jest jak bijące źródło lub kapłanka Chicomecoatl.

To właśnie (a nie zbliżenia na włosy i rozstępy) wydaje mi się w nich ciekawe.

Iza

ps.

Ortodoncja inspiruje nie tylko Ciebie. Przypuszczam, że autorka poniższej pracy Lucy McRae nosiła w dzieciństwie fundę. Ale dzieło jakoś nie robi na mnie wrażenia.

lucy_mcrae_4

Uwaga, groźny artysta!

138

fot. Oleg Kulik, Mad dog, 1994

Warczy, szczeka, chodzi na czterech łapach, daje się prowadzać na łańcuchu bez ubrania (chociaż nie ma sierści), gryzie. Rzuca się na zwiedzających. Rzuca się na dzieła innych artystów i je niszczy!

Czasami robi inne rzeczy. Na przykład kiedyś łapał myszy. Nie dla siebie, ani nie dla sztuki. Dla swojego kota.

To było wtedy, kiedy postanowił raz na zawsze rzucić życie w mieście i przeniósł się do zapadłej dziury w obwodzie twerskim zwanej Konopaty. A jeszcze wcześniej jeździł z ekspedycjami geologicznymi na Kamczatkę. A później pieprznął tołstojowską koszulą i postanowił zostać znanym moskiewskim artystą.

imgresize3.php

fot. Oleg Kulik, Eclipse, 1999

Oleg Kulik chciał być pisarzem, pracował w fabryce lnu, był w armii, zajmował się rzeźbą, i zapewniał, że jego pies mówi po rosyjsku. Zdobył międzynarodową sławę. Trochę filozofuje. Może nawet bardzo.

Человек с политическим лицом

Oleg Kulik, Człowiek z polityczną twarzą

Swoje występy człowieka-psa uzasadniał koniecznością wyjścia poza ludzki punkt widzenia, który zupełnie niesłusznie jest dominujący. Bo ludzie się nie sprawdzili. Uważają się za koronę stworzenia, a są okrutni i głupi. Wystarczy spojrzeć na Rosję lat dziewięćdziesiątych (to wtedy Kulik performował jako pies), mówi się „zdziczenie”, „zezwierzęcenie”, a gołym okiem widać, że to obraza dla zwierząt. Ludzie spójrzcie na siebie – wołały jego prace – nie macie powodu uważać się za coś lepszego! Swoje poglądy wykładał jako zoofrenię. A w postulowaniu zrównania praw zwierząt i praw ludzi posuwał się dalej niż najgłębsi ekolodzy, którzy zazwyczaj nie wspominają o małżeństwach międzygatunkowych.

Знакомтесь, мой дружок Чарли 1994

fot. Oleg  Kulik, Poznajcie się, mój przyjaciel Charlie

W latach 90. człowiek-pies był naprawdę szokujący. Kulika wielokrotnie aresztowano podczas jego performensów i to nie tylko w Rosji. Dzisiaj nie robi już może takiego wrażenia, wiadomo prowokacja dewaluuje się bardzo szybko, a artyści są w stanie posunąć się do wszystkiego. Kulik nie biega już nago (zauważyłaś Kasiu, że z wiekiem artyści nie rozbierają się już tak chętnie?). Teraz chodzi wystylizowany na takiego trochę popa, trochę świętego starca. Zapuścił długą brodę, w pracach lubi używać słów typu „sakralny” i zapewnia, że ludzkość potrzebuje nowej, tym razem prawdziwej, religii. Jednym słowem pozuje na mesjasza.

 Миссионер

fot. Oleg Kulik, Misjonarz, 1995

Bez obawy. Nie pobiegł do cerkwi nawrócić się na stare lata. Religia, o której mówi, to religia bez bogów, nastawiona na drugiego człowieka, na zwierzę, na każdy fragment otaczającej rzeczywistości. Trochę żartuje, trochę bada grunt, bo bycie autorytetem chyba mu pasuje.

 marriage-6637c

fot. Oleg Kulik, Wesele, 1999

Kasiu, może cię to dziwi, że wspominam performens sprzed 20 lat i pomijam inne prace (może jeszcze do tego wrócimy), ale artysta (chwilowo) wydaje mi się ciekawszy niż dzieła. Chyba tylko Rosja produkuje takie życiorysy (wspomnij Limonowa). ludzi którzy równie dobrze odnajdują się na Kamcztce jak i w Nowym Jorku, co jednego dnia pracują w sowieckiej fabryce, a drugiego odbierają nagrody w Wenecji. Gdzie jeszcze można spotkać takie skrzyżowanie rewolucjonisty i proroka, artysty i mędrca, co to się nie boi kąsać Ameryki, ani szargać świętości, ani zmienić zdania, ale zawsze ma do siebie dystans.

 Iza

Wygląda

Iz.

na to, że Oleg jest dobrym kandydatem na nieco oszalałego człowieka wschodosansu (od rene-) poszukującego nowego sensu tam, gdzie już od wieków (kwestie zwierząt!) utarte schemaciki mają się świetnie. W wielu sprawach się z nim zgadzam – też nie do końca rozumiem dumę z bycia człowiekiem i sądzę, że podobne wątpliwości powinna mieć każda osoba, która chociaż raz w tygodniu ogląda z uwagą pasmo informacyjne; też uważam, że religie przestają pełnić swoje funkcje pocieszająco-uwalniające i koncentrują się na ordungu, więc powinno powstać coś nowego; no i nie ukrywam, że bycie autorytetem też by mi pasowało.

W przeciwieństwie do Limonova, którego pokochałam po kres swych dni dzięki jego poglądom na pracę zarobkową (to dowód na to, że takie same idee mogą powstać niezależnie od miejsca i czasu!) i z którym mogłabym wieść beztroskie życie obijając się po obrzeżach nudnych pomysłów Zachodu, Oleg mnie nie zachwyca. A przynajmniej nie AŻ tak bardzo.

Nie to, żeby nie podobały mi się jego performensy. Nic z tych rzeczy. Przeczytałam, że na warsztat brał nie tylko psa, ale też byka, ptaka i rybkę, sama chciałabym wiedzieć, jak wygląda nasz świat z rybiej perspektywy. Zastanawiam się, dlaczego Oleg mnie nie pociąga, skoro wydaje się być interesującym człowiekiem. Porusza bliskie tematy (choć nie mam w planach poślubienia swojego kota i jestem zdania, że małżeństwa międzygatunkowe nie byłyby dobre dla zwierząt – gdzie ich wolna wola? Jak sprawdzić, czy mój kot naprawdę chce za żonę akurat mnie? I don’t like you, deep ecology!), jest dość nieprzewidywalny – powinno być przecież ok.

Medytowałam tak chwilę nad Kulikiem, nie wiedząc co o nim myśleć. Performensy zostawiam sobie do przemyślenia, bo zdaje się, że bardziej fascynują mnie jego idee ubrane w słowa. Z „Dziesięciu przykazań Zoofrenii”:

Przykazanie drugie:

„Tracimy ten świat – i na dodatek siebie samych. Człowiek się zestarzał, osłabł i bez reszty zdemoralizował. Z powodu swej obsesji na punkcie Supermana czeka go zmierzch, jeśli nie zdoła on odnaleźć źródła intelektualnej energii, która zrodziłaby nową moralność; jeśli – zdemoralizowany przez własne dzieje – nie będzie w końcu potrafił znaleźć sobie miejsca w rzeczywistym (absolutnym, niekonwencjonalnym i niewirtualnym) świecie. Kategoria realności nie stała się ostatecznie nieodłącznym elementem żadnego z systemów filozoficznych czy estetycznych. Nawet nauka porzuciła wszelkie działania związane z tą kategorią (nie licząc nadzwyczaj rzadkich wyjątków). Tymczasem zbawienie ciągle jest możliwe”.

Przeczytałam to i pomyślałam, że o ile jego performensy (staram się nie zapominać, że „zwierzęce” były już jakiś czas temu) są dla mnie troszkę naiwne, o tyle to, co pisze – już nie. Pod powyższym mogę się spokojnie podpisać obiema rękami za pomocą jednej klawiatury – i choć wiem, że dla wielu to te właśnie słowa byłyby naiwne, utopijne i – nie bójmy się tego słowa – durne, dla mnie – nie. Ja też wierzę, że zbawienie jest jeszcze całkiem możliwe.

No co… Ciekawy ten Oleg; kończę wpis i zabieram się za studiowanie jego „Dekalogu…”.

Kasia

Don’t cry for me Jerozolima

The truth is I never left you
All through my wild days
My mad existence
I kept my promise
Don’t keep your distance

Kochana Iz.,

Wróciłaś, a wraz z Tobą powinna wrócić bardziej przyzwoita regularność wpisów. I wraca! Jak Ci zapowiedziałam, dziś nie będzie stricte o sztuce. Chociaż może – sama ocenisz. Przede wszystkim chcę Ci kogoś przedstawić.

Poznaj Ghadę Karmi i Ellen Siegel. Tak wyglądały w 1973 roku:

1

Ellen jest Żydówką urodzoną w Ameryce. Na początku lat 70-tych pojechała na Bliski Wschód, zobaczyła obozy dla uchodźców z Palestyny, przejęła się ich sytuacją i postanowiła poszukać organizacji, w której mogłaby zacząć działać „na rzecz Palestyny”.

Ghada Karmil urodziła się w Jerozolimie, ale na miesiąc przed proklamowaniem niepodległości przez Izrael jej rodzice przenieśli się do Damaszku. Mieli tam poczekać na unormowanie się sytuacji i wrócić do domu. Po jakimś czasie zrozumieli, że nie ma już do czego wracać – pojechali do Londynu, Ghada skończyła tam medycynę i założyła dokładnie taką organizację, jakiej szukała Ellen – Palestine Action. Dziewczyny pracowały razem przez dwa lata – wydawały gazetę ” Free Palestin”, tłumaczyły każdemu, kto chciał ich słuchać, że „Palestyńczycy to nie porywacze i terroryści” i organizowały protesty. Podczas jednego z nich, pod ambasadą Izraela w Londynie, zostało zrobione zdjęcie powyżej.

W 1974 Ellen wróciła do USA, potem pracowała w obozach dla palestyńskich uchodźców. Ghada została w Londynie, gdzie przez kolejne 20 lat tłumaczyła, że „Palestyńczycy naprawdę nie są porywaczami i terrorystami”.

Po 19 latach, w 1992 roku Ellen i Ghada spotkały się znowu. Zmieniły się. Obie odrobinę przytyły, Ellen ścięła siwe włosy, Ghada zrobiła sobie grzywkę. Dziewczęta zmieniły się w kobiety, za to sytuacja na Bliskim Wschodzie nie zmieniła się ani trochę.

2

Ellen-Żydówka, urodzona w Ameryce (wielu Żydów uważa, że to protestanckie USA – z mocno (dla mnie) przerażającym Pasem Biblijnym i najprężniej działającym Kościołem Zielonoświątkowym wśród tzw. „krajów rozwiniętych” – jest obiecanym biblijnym Eldorado) może „wrócić” do Izraela – na mocy uchwalonego w 1950 hok ha szwut (Praw Powrotu). Rząd szybciutko sprawdzi, czy jej matka była Żydówką i czy Ellen oby nie zmieniła religii (to drugie właściwie nie jest problemem, o ile Ell nie będzie przed władzami wołała uparcie ” Allahu akbar”), przydzieli jej doradcę, który pośle ją na kursy języka, znajdzie lokum i pracę.

Ellen nie skorzysta ze swojego prawa, bo tak się składa, że możliwość mieszkania w niewielkim, pustynnym i dość niebezpiecznym kraju jakoś jej nie pociąga.

Pociąga za to Ghadę, bo tak się składa, że Jerozolima to jej dom. Gdzieś pod koniec lat 80-tych Ghada dowiedziała się, że w jej jerozolimskim domu, tym, z którego musiała jako dziecko uciekać, jest synagoga. Ale i tak chciałaby wrócić. W końcu się tam urodziła. Zna język, zna topografię miasta, zna zapachy, smaki; pamięta sąsiadów i może o nich opowiedzieć. No ale, ale. W 1950 nie uchwalono prawa powrotu dla nie-Żydów.

W 2011 roku też nie.

W 2011 obie były jeszcze starsze, Ellen miała jeszcze krótsze włosy i  jeszcze kilka kilogramów na plus. Ghada nie zmieniła się tak bardzo. Podobnie jak sytuacja na Bliskim Wschodzie – na fotografii z 2011 roku Ghada trzyma plakat, na którym najważniejsze jest krótkie słówko – still.

14

Ellen nadal może „wrócić” do kraju, w którym na pewno nie urodziła się ona (wątpię, żeby rodzili się tam jej przodkowie. Jestem w stanie zaakceptować czasy do I w. n.e., ale sama widzisz, że to dość długi czas), Ghada nie może, bo słowo „dom”, wypowiadane przez Palestyńczyka, nie kojarzy się w Izraelu z bezpiecznym portem, ale niesprawiedliwą próbą wydarcia Izraelczykom czegoś, co przecież, zupełnie sprawiedliwie, wydarli Palestyńczykom już ponad pół wieku temu.

I tak… Widzisz, że to raczej historia, a za element „sztuki” i usprawiedliwienie wpisu stanowią tu trzy fotografie. Nie wiem sama dlaczego, ale te zdjęcia nie są dla mnie fotografiami „roboczymi”, na użytek reportażu, dziennika i książki do historii, ale właśnie tzw. „dziełami sztuki” – bo bardzo, bardzo wyraźnie opowiedziały mi całą historię, którą ja opowiedziałam Tobie. Bez szczegółów i dat, to fakt. Ale możesz im zaufać – pokażą, lekko poetycko, lekko bezczelnie, to, co ja nieudacznie mogłam Ci jedynie napisać.

A może jedynie szukam wytłumaczenia mojej chęci zapoznania Ciebie z Ellen i Ghada. Tak czy siak – nie gniewaj się.

Kasia

Kasiu,

Wkroczyłaś na grząski grunt historii i polityki, ale nie potrzebnie robisz sobie z tego powodu wyrzuty. Czy sztuka nie powinna dotykać odwiecznych, nierozwiązywalnych konfliktów? Inaczej może się skończyć na malowaniu kiełbasy ( to nie żarty, pewien szwajcarski artysta poświęcił półtora roku na namalowanie ponad trzystu niezwykle precyzyjnych portretów plastrów mortadeli. I chociaż jest do tego dorobiona odpowiednia teoria głosząca, że dzieło ujawnia prawdziwa naturę rzeczywistości, to takiej sztuce mówię zdecydowane NIE).

O wiele ciekawsze od kiełbasy wydają mi się kamienie. Na przykład te, które wystawił palestyński artysta Nida Sinnokrot.

mip098-483

fot. Nida Sinnokrot, Rubber-Coated Rocks/ Źrodło 

Kamienie są pokryte gumową otoczką, taką samą jaka okrywa naboje, którymi strzelają Izraelczycy. Kamienie w dłoniach palestyńskich dzieciaków, to broń wyrażająca gniew i bezsilność. Kamienie przeciwko czołgom. Kamienie rozrzucone na polach pozbawionych wody. Domy obrócone w kupy kamieni…

Niby nie ma nic bardziej martwego i nieprzyjaznego niż kamień (serce z kamienia, kamień nagrobny, kamienista pustynia, kamieniowanie itp.), a jednak ludzie mają skłonność do przypisywania kamieniom jakiejś ukrytej formy życia. Kamienie (od diamentu Hope’a po Hadżar z Kaaby) bywają święte, zamieszkane przez duchy, obarczone klątwą, otoczone legendą. Układają się w tajemnicze kręgi lub kopczyki. Coś wyznaczają, o czymś milczą. Są bierne, bezradne, a jednak nadają się na broń. Nadają się na podwalinę. Pod ich nieruchomą i chłodną powierzchnią kryje się coś niepokojącego. Sekretne życie, tak subtelne, że chociaż nie da się go zauważyć, to nie da się go również zdusić. Dlatego kamienie są doskonałym symbolem dla narodów, które walczą o przetrwanie i raczej tę walkę przegrywają.

Ellen i Ghada poświeciły sporo czasu na tłumaczenia, że “Palestyńczycy to nie porywacze i terroryści”, ale efekty nie są imponujące. Trudno jest przekrzyczeć polityków, agencje informacyjne i wieczorne wiadomości. Skojarzenia są od lat te same: Hamas, Intifada, płacz i brak wody.  Tymczasem Palestyna ma swoje sekretne życie. Takie, które nie przyciąga reporterów w kamizelkach kuloodpornych i o którym nie mówi się w wiadomościach, a które jest duchem ożywiającym kamienie.  W 2006 w Ramallah powstała Akademia Sztuki, bo Palestyńczycy wiedzą, że sztuka jest niezbędna dla zachowania tożsamości.  Palestyna ma swoich artystów, w tym również tworzących sztukę współczesną. Nie wszyscy oni (podobnie jak Ghada) mieszkają Palestynie. Nida Sinnokrot na przykład wyrósł Algierii i mieszka w Stanach Zjednoczonych. To nie ważne. To co robi i tak jest Made in Palestine.

Iza

Kantor wymiany myśli

Lubię rozpoczynać moje wpisy od jakiegoś barwnego obrazu. Tym razem będzie inaczej, bo artysta, o którym chcę opowiedzieć – Tino Sehgal, nie maluje, nie tworzy filmów, rzeźb, ani instalacji. On, jak sam określa swoją sztukę, „konstruuje sytuacje”.
Jedną z takich sytuacji jest „This is Exchange”. Zwiedzający wchodzą do pomieszczenia, w którym spotykają jednego lub dwóch wykonawców. Wykonawcy witają zwiedzających i mówią: „To jest dzieło Tino Sehgala pod tytułem „This is Exchange”. To dzieło jest ofertą, którą chcę państwu złożyć. Możecie odzyskać część pieniędzy jakie zapłaciliście za wejściówkę, jeżeli zechcecie państwo wypowiedzieć swoją opinię o gospodarce rynkowej. Czy przyjmujecie ofertę?”.
Zwiedzający (jeśli przyjęli ofertę) mówią, co myślą, a wykonawcy uprzejmie słuchają – nie negują, nie korygują, nie wypowiadają własnego zdania. Na koniec ujawniają osobom, które podzieliły się swoimi przemyśleniami, hasło uprawniające do odbioru połowy ceny biletu (hasło brzmi: „miś panda”).

fot. Tino Sehgal, „This Progress,” 2010

Tino nie jest ani pierwszym ani jedynym artystą, który włącza aktywność zwiedzających do swojej pracy. Czy nie dalej posunęła się choćby Marina Abramović, która pozwalała, aby zwiedzający przystawiali jej do głowy broń? A jednak Tino traktuje zwiedzających bardziej poważnie niż pozostali artyści (łącznie z tymi, którzy niemal dają się zabić publiczności), bo robi coś zupełnie bezprecedensowego – dzieli się z nimi kasą za wejściówki.

Pieniądze, gospodarka rynkowa… Trzeba przyznać, że Tino Sehgal wchodzi ze swoim dziełem na dosyć grząski grunt. W galerii sztuki można od biedy rzucić jakąś uwagę o zbyt niskich nakładach na kulturę, ale pieniądze to temat raczej wstydliwy, a na pewno dwuznaczny. Z jednej strony w sztuce nie chodzi o „zarabianie kasy”, nie zostaje się artystą dla pieniędzy. Z drugiej – pieniądze mają cudowną moc potwierdzania każdej wartości – również wartości artystycznej. Nawet najbardziej wnikliwe i subtelne recenzje i omówienia uzupełnione są zazwyczaj niewinnym, niemal zdawkowym wtrąceniem o cenie za jaką dzieło zostało sprzedane. To ostateczny dowód, który ma przekonać nieprzekonanych. Skoro Jej Wysokość Cena tak mówi, widocznie ma rację.

Sytuacja jest trochę kłopotliwa  – wypada być ponad sprawy materialne, a z drugiej strony pieniądze potwierdzają wartość tego, co się robi.  Niektórzy artyści radzą sobie z tym wyśmienicie, np używając drogich materiałów  (choćby  Damien Hirst, ponoć najbogatszy żyjący artysta).

Fot. Złoto i diamenty w pracach Damiena Hirsta

Sehgal nie idzie jednak na łatwiznę. Skoro sztuka współczesna jest w znacznej mierze konceptualana, to dlaczego nie ceni się myśli? Dlaczego nie można  myśli wymienić na pieniądze?

Oczywiście na pierwszy rzut oka wydaje się, że można, że robi się to cały czas. Sporo mówi się o własności intelektualnej i całe grupy zawodowe utrzymują się z wymiany myśli: dziennikarze dostają pieniądze za swoje felietony, od adwokata oczekujemy, że wymyśli jak np. wyciągnąć nas z więzienia, pisarze spisują swoje myśli w książkach, a terapeuci myślą co by tu zrobić z naszymi myślami.

Aby jednak pisarze, adwokaci, radcy i doradcy dostali za swoje myśli pieniądze, musi zostać spełniony cały szereg warunków: trzeba posiadać uprawnienia, legitymacje, odpowiednie wykształcenie, trzeba swoje myśli sformatować, spisać , wydrukować, przeliczyć na odpowiednią ilość znaków i wpisać do odpowiednich formularzy. Sama myśl –  bez tej formalnej otoczki – nie wydaje nam się cenna, nie mamy do niej zaufania i raczej nie jesteśmy skłonni za nią zapłacić.

Ostatecznie może się okazać, że wszystkie te formalne warunki są ważniejsze od myśli, którą miały „opakować”, a nawet, że dają sobie radę bez niej.

A Tino nie gardzi taką myślą bez uprawnień. Można u niego wymienić myśli o gospodarce rynkowej, nawet jeśli nie jest się ekonomistą, politykiem, albo dziennikarzem „Pulsu biznesu”. Zostaną nam za nie wypłacone prawdziwe pieniądze (które zresztą sami najpierw wpłaciliśmy). Czy nie jest to piękny hołd dla ludzkiej myśli?

Wszystkim, którzy nie są przekonani do twórczości Sehgala, pragnę mimochodem zwrócić uwagę na fakt, że kolekcjonerzy sztuki kupują jego „sytuacje”. Np. w 2003 niejaki Axel Haubrok zapłacił  15 000 euro za sytuację „This is Propaganda” (w tej chwili jest warta o wiele więcej). Dzieło jest nadal wystawiane, a nawet wypożyczane.

A Ty Kasiu? Kupujesz to?

Iza

Iz.,

Kilka oryginalnych, pozbawionych utartych fraz i schematów myśli? Pewnie, że kupuję, pewnie, że mi się podoba.

Pomysł skonstruowania takiej handlomyślowej oferty i skierowanie jej do odwiedzających przyjmuję ze sporym entuzjazmem. Z kilku powodów. O paru Ty napisałaś. Bardzo podoba mi się fragment, w którym opisałaś proces przybijania myślom stempelka „certyfikat jakości”: ktoś, kto ma odpowiedni papier  (mgr, dr, etc. ), będący zaświadczeniem, że przez kilka lat udało się wtłoczyć do głowy hurtowe ilości myśli innych osób, dostaje oficjalne pozwolenie na dzielenie się myślami – produktami. Myśli z atestem Iz. – często mam wrażenie, że to właśnie nas otacza. Nuda, powtarzalność, poprawności polityczno-religijne, trącące truchłem i półułomnością zwroty w stylu „pozytywna energia”.

Mam też Iz., takie podejrzenia, że my się już w myśleniu nie ćwiczymy.  Żeby mi się naprawdę chciało myśleć, a nie dumać w jakiejś lekko sentymentalnej scenerii, musze mieć czynnik wyzwalający. Najczęściej jest nim drugi człowiek. Ale może nim być i sztuka. „A Tino nie gardzi taką myślą bez uprawnień” i ja też nie gardzę. Gardzę powtarzalnością, a to, co Ty opisałaś – jest nowe. A na dodatek taka postawa zakłada równość i zaufanie: ten facet, tak ja sądzę, naprawdę wierzy, że coś ciekawego może wymyślić nie tylko profesor doktor „olaboga, mam tyle tytułów i publikacji, i haseł w mądrych słownikach, że już sam nie pamiętam”, ale, dajmy na to, portier.

Często chodzę do muzeów, zdarza się nawet, że do muzeów sztuki współczesnej. Przyjemność sprawia mi włóczenie się po galeriach, rozkładanie się na sofach i gapienie na obrazy do góry nogami. Lubię sobie pogadać z pilnującymi, bo mówią moim językiem i często mają odwagę powiedzieć, że coś jest do dupy. Nie popadają w egzaltację – że wystawa wielokrotnie nagradzana, że wielkie NAZWISKO, jakieś tam szkoły, koneksje, trendy tematy. Nie lubię natomiast czytać opisów, bo w 99 proc. ich nie rozumiem (choć skończyłam studia wyższe humanistyczne i jakiś tam zasób słów pokroju „performatywny” albo „konceptualna” mam) i rozmawiać z ludźmi w modnych okularach (no jakaś taka niechęć jednak) – bo mam wrażenie, że mają w głowach matrycę i próbują mi sprzedać ją tak, żebym jej nie zrozumiała i uznała, że coś jest wiele warte – nawet kiedy jest gówno warte.

Wracając do Tino – w przestrzeni, którą ja uważam za taką, która powinna być absolutnie wolna od narzucanych znaczeń i poglądów, daje ludziom praktyczne prawo głosu – z czasem, z zachętą i z pieniędzmi. A te pieniądze są dla mnie synonimem słów: „to, co mówisz, jest dla mnie tak ważne, że jestem w stanie dać ci kasę, serio. Twoje zdanie mnie interesuje na tyle, że nie tylko dam ci mój czas i cię posłucham, ale kupię od ciebie twój strumień – albo strumyczek. Albo nawet parę kropli myśli. Ale kupię, zapłacę, wierz mi”.

To dla mnie coś innego niż Abramović. Jej zachęta do uczestnictwa miała dla mnie wydźwięk negatywny: eksploatowała widzów chyba nie mniej, niż siebie samą. Nie była zainteresowana nimi – chciała tylko, żeby interesowali się nią, jej pociętą skóra, jej poparzeniami, jej bólem, niemocą, żalem. Tino jest inny – on wychodzi do ludzi, nie widać go tak mocno na pierwszym planie. Artysta oddał część splendoru gawiedzi – to chyba nie takie częste?

Kupuję Iz., wszystko, co napisałaś. Gotowa jestem zmajstrować plakat „uwolnij myśli” i przejść z nim przez miasto mówiąc każdemu, że jego myśli są wartościowe.

Fajne to, howgh!

Nie umieraj, jeszcze jedno zdjęcie!

Iz.,

Terry Richardson to urodzony skandalista. Do swoich sesji wybiera młodziutkie modelki, którym każe się rozbierać, a które ze strachu przed wielkim artystą i utratą kontraktu niechętnie zrzucają ubrania i narażają się na pracę ze zboczeńcem (tak przynajmniej twierdzi jedna z jego „dojrzalszych” modelek, Rie Rasmussen, która wytoczyła mu proces. Terry odpowiedział jej oświadczeniem, w którym napisał, że „ludzi szanuje”, a opinia modelki go „głęboko zraniła”. Komu ufać – nie wiem). Prócz początkujących modelek Richardson fotografuje także celebrytów, z wieloma się przyjaźni. Nie wiem, czy realizuje w praktyce swoją słynną maksymę („It’s not who you know, it’s who you blow”), ale faktem jest, że dorobek ma spory. Przed jego obiektywem zameldowały się Lady Gaga, Lindsay Lohan, Kate Moss, Juliette Lewis, Amy Winehouse, a także Macaulay Culkin, Tom Ford, Marc Jacobs i sam Karl Lagerfeld.

Ten wpis nie będzie jednak ani o anonimowych chudzinach z aspiracjami, ani o znanych celebrytach z pękającymi w szwach kontami. Będzie o mamie Terry’ego – Annie Lomax. Na  swojej stronie internetowej niesforny Terry zamieszał zdjęcia schorowanej matki, które także wywoływały kontrowersje. Dlaczego? Szczerze mówiąc – nie wiem. Sama spójrz:

źródło

źródło

źródło

źródło

źródło

źródło

Do tych zdjęć nie mam żadnych zastrzeżeń. Podoba mi się Annie bez jednego zęba (albo z jednym złotym, nie wiedzę dokładnie) pozująca jak beztroska 16-latka: w jednej dłoni butla piwa, druga ułożona w gest znaczący mniej więcej „odpieprz się”,  maleńki tatuaż na prawym ramieniu, czarne okulary na nosie. Rozczula mnie długopis zawieszony na koszulce, która osłania chudą pierś – ten widok wyrywa mnie z atmosfery zabawy i przypomina, że ona jest krucha, że jej może niedługo już nie być. Na innych zdjęciach widać, że lubi papierosy. Na kolejnym – że lubi tego chłopaka, który dla świata jest utalentowanym (albo i nie) świrem „od którego zdjęcie trzeba mieć”, a dla niej – synem, którego nadal może potrzymać na kolanach. Zachwyca mnie zdjęcie, na którym półnaga Annie z uśmiechem macha sztucznym motylkiem.

Jestem niewrażliwa na komentarze: wykorzystał matkę, pokazuje jej stare (w domyśle – brzydkie) ciało, a co jeśli ona nie chce?, a jeśli chce – to może on powinien interweniować, skoro matka zwariowała?, a co na to ojciec, gdzie do cholery jest ojciec? Podobają mi się zdjęcia starszych osób i basta, chociaż nie wszystkie. Za garsonki, loczki, sztuczne uśmiechy, wnusie na kolankach, rączki dzieci opiekuńczo złożone na zmęczonych ramionach, ostrość na babciny różaniec – serdeczne dzięki. Starszy nie znaczy nudny, a Terry pokazał mamę żywą. Choć fakt – starszą.

Problem w tym, że Terry zrobił jeszcze kilka innych zdjęć:

źródło

źródło

To ostatnie jest naprawdę ostatnie: ostatnie zdjęcie jakie Terry zrobił wydającej ostatnie tchnienie matce. To z tą jedną fotografią jest największy problem.

Poprzednie fotografie działały na mnie kojąco. Tej fotografii się boję. Nie widać myśli i strachu Annie, ale nie mogę przestać myśleć o tych wszystkich Indianach, którzy nie dawali się fotografować, bo „fotografia zabiera kawałek duszy”. To chwila z gatunku „boleśnie intymne” i nie wiem, czy powinna powstać. A Ty ? Co widzisz i myślisz?

Kasia


Kasiu,

jak się zapewne domyślasz, mam zamiar pominąć milczeniem figle Richardsona z nieletnimi modelkami, skoro możemy porozmawiać o umieraniu.

Napisałam niedawno, że życzyłabym sobie, aby sztuka nie była zbyt dosłowna w przedstawianiu śmierci. To oczywiście nie dotyczy fotografii, która poza wszystkim (bez względu na rodzaj, gatunek itp.) ma funkcję dokumentalną i dlatego nie tylko jest ze śmiercią za pan brat, ale dosłownie żywi się nią. Dowodem może być choćby to słynne zdjęcie Nathana Webera:

Śmierć sfotografowano już miliony razy, w najróżniejszych konfiguracjach: tuż przed, w trakcie, zaraz po i jeszcze później, indywidualnie i zbiorowo. Gdzie tu miejsce na jakiekolwiek tabu?

A jednak kiedy patrzę na zdjęcia Annie Lomax, mam poczucie, że coś mi się tu nie zgadza. Nie chodzi o dyskomfort związany z oglądaniem osoby w stanie agonalnym. To coś więcej. I klucz do rozszyfrowania natury tego niepokoju znajduje się w fotografii Nathana Webera.

Chociaż zrobiono miliony zdjęć umierających ludzi, a portretów starszych pań wesoło palących papierosa też nie brakuje, to nigdy nie są TE  SAME osoby. Śmierć, która łypie na nas sępim okiem ze zbierających prestiżowe nagrody fotografii, to śmierć ludzi z TAMTYCH rejonów świata. Rejonów gdzie „takie rzeczy” się dzieją, a ludzie (najczęściej czarni, prawie zawsze biedni), są przyzwyczajeni do wojny, głodu i katastrof naturalnych. Prawdopodobnie mają też inny próg bólu. (Wydaje mi się, że pierwszą osobą, która zwróciła uwagę na to, że zdjęcia przedstawiające cierpienia ludzi z krajów tzw. trzeciego świata zamiast uwrażliwiać, zaszczepiają przekonanie o istnieniu miejsc i ludów z natury skazanych na cierpienie, była Susan Sontag).

Co innego wesołe zdjęcia cieszącej się życiem (mimo choroby Annie). Mogłyby być portretami ekstrawaganckiej artystki, zwariowanej sąsiadki lub ciotki. To nasz świat: przyjazny, pełen poczucia humoru, chociaż czasem trochę zbzikowany (ale to nawet lepiej, czyż nie?).

Brutalny Richardson pokazał – o czym wszyscy wiemy, ale nie chcemy o tym myśleć – że śmierć należy również do tego świata, że dotyczy nas.  W dodatku ukazał jej najczęstsze, a zarazem najbardziej skrywane oblicze.

Bo chociaż własnej rodzaj własnej śmierci trudno jest przewidzieć, to raczej nie będzie ona miała rozmachu śmierci Sardanapala

ani romantyzmu śmierci Ellenai

ani erotyzmu śmierci księżnej Tarakanowej (chociaż szczury są niewykluczone)

ani nawet prostoty i pokory z obrazu Gierymskiego.

Dzisiejsza śmierć jest najczęściej taka, jaką pokazał Richardson: z rurkami z tworzywa powtykanymi w ciało, zalatująca lizolem i apteką.

Można mu zarzucać, że obnażył intymność umierania własnej matki, ale tak naprawdę pokazał śmierć, której boimy się najbardziej – naszą śmierć, nie jakąś tam afrykańską. Cywilizowaną, a jednak nadal straszną. Taką, której się nie uniknie nawet, jeśli się uniknęło wszystkich zasadzek przyszykowanych przez życie.

Iza

(Ilustracje: Nathan Weber; Eugène Delacroix, Śmierć Sardanapala; Jacek Malczewski, Śmierć Ellenai; Konstantin Fławicki, Księżna Tarakanowa; Aleksander Gierymski, Trumna chłopska)

Moje ulubione Matki Boskie

fot. Max Ernst,  The Virgin Chastises the infant Jesus before Three Witnesses: André Breton, Paul Éluard, and the Painter

Kasiu,

Kiedy napisałaś, ze wizerunki Marii Lactans nie są ostatnimi czasy eksponowane, zrozumiałam, że temat wizerunków maryjnych tak szybko nas nie opuści.

Maria z dzieciątkiem to nie tylko próba opowiedzenia pewnej historii czy obraz o znaczeniu religijnym. To zsakralizowana alegoria macierzyństwa, to jego definicja i wzór, który odbił się trwale w świadomości społeczeństw takich jak nasze.  Jeśli, jak piszesz, wizerunki Marii karmiącej funkcjonują w ukryciu, to czy w tej definicji jest w ogóle miejsce na  ciemną stronę  macierzyństwa?

Najczęściej widzimy obrazy, na których Maria podtrzymuje i tuli dziecko śpiące, jedzące (natura ludzka) lub rozdające błogosławieństwa (natura boska). Czy do tego ogranicza się relacja matki i dziecka?

W 1926 roku Max Ernst wywołał skandal  obrazem przedstawiającym Marię wymierzającą synowi solidne klapsy. Nie jest to kara symboliczna. Matka najwyraźniej straciła cierpliwość i bije tak, że dziecku spadła aureolka (aureola jej samej została na miejscu), a na pośladkach zostają czerwone ślady.  Nie wiadomo, co stało się wcześniej: czy mały Jezus napsocił? A może matka łatwo wpadała w gniew? Pewne jest jedno: macierzyństwo to nie jest sam lukier i cukier.

O tym, że wychowanie dziecka (nawet jeśli to Syn Boży) nie może sprowadzać się jedynie do wspólnego udzielania błogosławieństw, myślano zresztą już znacznie wcześniej. Maria dyscyplinująca Jezusa pojawia się na jednym z fresków w klasztorze Bahar Dar (jezioro Tana, Etiopia).

W ubiegłym roku skandal wywołał billboard, przedstawiający zmartwioną Marię  trzymającą w dłoni test ciążowy.  Za produkcję nie jest odpowiedzialny żadna z gwiazd sztuki współczesnej, pomysł narodził się i został zrealizowany w pewnym nowozelandzkim kościele. Chodziło o to, żeby przybliżyć nieco sytuację, w jakiej znalazła się Maria. Cóż, jak wielkiego zaufania nie pokładałaby w Bogu (który zresztą lubi okrutnie doświadczać swoich wybrańców), można sobie wyobrazić, że było jej ciężko. Niezależnie od intencji twórców plakat został uznany za obrazoburczy, a następnie zniszczony.

Kiedy ja zobaczyłam go po raz pierwszy – czy to ze względu na własną naiwność, czy na nieudolne wykonanie – pomyślałam, że Maria trzyma w dłoni termometr. Że zasłania usta dłonią, bo przeraziła ją wysoka temperatura. Czy to nie jest coś, przez co przechodzą wszystkie matki? Czy nieprzespane noce, gorączka, wysypka i brudne pieluchy nie są czasem nieodłączną częścią macierzyństwa?

Dlaczego nigdy nie widzimy Marii, która przewija swojego syna lub przykłada kompresy? Marii niewyspanej, zmęczonej. Marii – matki człowieka?

Czy dopiero pieta daje Marii prawo do negatywnych emocji?

Maria Maxa Ernsta może i postępuje niewłaściwie, ale jest prawdziwa, ludzka i reprezentuje jakąś prawdę.

Ale moją ulubioną Madonnę (albo jedną z ulubionych) stworzył Botticelli. To Maria, która uczy Jezusa czytać. Może i obraz nie ma za wiele wspólnego z rzeczywistością, bo wątpliwe czy sama posiadała tę umiejętność. Scena rozgrywa się w renesansowej oprawie, współczesnej autorowi. Gdyby Botticelli żył dzisiaj, jego Madonna miałaby na sobie jeansy i  uczyłaby Jezusa posługiwania się komputerem.

Najważniejsze jest to, że  Botticelli dostrzegł w matce nie tylko opiekunkę i źródło pokarmu, ale pierwszą i być może najważniejszą nauczycielkę. Pierwszą osobę, która opowiada o świecie, przekazuje wartosci. I jeśli Jezus stał się Nauczycielem, to warto pamiętać o tym, że jego pierwszą nauczycielką była Maria.

Botticelli malował zresztą również Marię karmiącą. Te renesansowe wizerunki miały i mają  naprawdę ogromną siłę oddziaływania na wyobraźnię. To między innymi do nich nawiązuje Vanessa Beecroft.

Ich ślad znajdziemy również w pracach amerykańskiej fotografki Catherine Opie, znanej  głównie ze zdjęć dokumentalnych, które robi swoim znajomym. A obraca się przede wszystkim w środowisku sadomasochistycznych lesbijek.

Cykl trzech autoportretów nawiązujących do konwencji renesansowej to jedna z jej najbardziej znanych prac.

fot. Catherine Opie, Self Portrait / Nursing, 2004.

Na jednym z nich,  „Self-Portrait/Nursing” 2004, Catherine Opie  siedzi rozparta na tronie, frontalne, za nią – udrapowana wzorzysta materia.

Artystka nie przypomina młodej i pięknej madonny z obrazów Bottiellego. Ma czterdzieści lat, podwójny podbródek, na ramieniu tatuaż, który pasował by raczej drwalowi, a na dekolcie blizny po napisie „Pervert” wyciętym do innego autoportretu.

Opie karmi swojego synka.

Z czułością spogląda na dziecko, jej mleko jest pożywne, a ramiona silne. To matka, która może być opoką, która chyba nawet może zastąpić ojca. Jest dumna. Emanuje z niej pewność i spokój.

Tak, to również jest macierzyństwo.

Nawet jeżeli poprzedni autoportret wyglądał tak:

fot. Catherine Opie, Self-Portrait/Pervert, 1994

A Ty Kasiu? Którą Madonnę lubisz najbardziej?

Iza

 

Iz.,

Najbardziej podoba mi się wyprowadzona z równowagi Madonna, która bez skrępowania bije małego Jezuska po pośladkach. Szkoda tylko, że nie możemy zobaczyć jego twarzy – czy był zapłakany i smutny, czy może wściekły z powodu matczynego lania? Czy zrozumiał czym naraził się matce? A może zareagował tak, jak podczas odnalezienia w Świątyni jerozolimskiej, kiedy, jako 12-latek, odpowiedział zmęczonej i zmartwionej poszukiwaniami matce: „Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należydo mego Ojca?” (na nasze „o jeeezu mamoooo no i co się wielkiego stało? Siedzę, słucham mądrych ludzi, nie rób afery”)?

Twój wpis zbiegł się w czasie z miniaferą o „wózkowe”, czyli matki koczujące w hordach na placach zabaw i grasujące grupowo po niedostosowanych dla wózków chodnikach (to nie ja, to Mikołejko). Na podstawie gruntownego zapoznania się zarówno ze słowami profesora, Matek-Polek-Wiecznie-Oburzonych, Matek-Polek-Cierpiętnic, Matek-Polek-Mam-To-W-Dupie oraz Matki-Boskiej-Bachorowej mogę odpowiedzieć na Twoje pytanie:

Czy dopiero pieta daje Marii prawo do negatywnych emocji?

Przecząco.

Gdyby Madonna powiła Jezusa dziś na wiele spraw musiałaby spojrzeć z innej perspektywy. Co prawda i grota w Betlejem, i  jednoosobowe sale na porodówkach nadają się do porodów rodzinnych (choć dziś osioł mógłby dostać wilczy bilet), jednak Maryja mogłaby sobie spokojnie pozałamywać ręce nad wieloma innymi sprawami. Nad chodnikami (choć przemykanie po pustyni z niemowlęciem przymontowanym do oślego grzbietu niekoniecznie należało do przyjemności), nad wysokością zasiłków, nad drogimi pieluchami jednorazowymi bielonymi chlorem, nad koniecznością prania wielorazowych pieluszek eko, nad propagandą karmienia piersią, nad cukrem dodawanym do mleka instant – a wszystko to spędzałoby jej sen z powiek nim Jezus skończyłby rok. Sądzę, że po 3 latach* miotania się między wieloma „jedynie słusznymi” modelami wychowania Maryja mogłaby spokojnie przyłożyć Jezuskowi.

Choć niewykluczone, że lejąc dzieciaka lałaby chodniki, producentów pieluch, stare sąsiadki, młode koleżanki z pracy, matki, teściowe i Mikołejkę.

Myślę, że Maryi musiało być ciężko (co świetnie pokazał plakat z testem, który ja z marszu wzięłam za test). Ale współcześnie nie jest lepiej. Mimo, że dziś dzieci nieczęsto za ojca mają Boga. No i o ciążach dowiadujemy się dziś tak jakoś…prozaicznie.

*na tyle wygląda mi ten zlany na obrazie Ernsta chłopak

Kasia

Kontrowersyjny portret rodzinny

Iz.,
Wpisem o Vanessie Beecroft zmusiłaś mnie do napisania o jednej z moich ulubionych fotografujących artystek. Na Diane Arbus przyjdzie jeszcze czas, teraz poznaj proszę Sally Mann. A właściwie – jej dzieci:








Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony artystki.

Przed wystawą, na której pokazała 65 czarno-białych fotografii swoich dzieci (syna Emmetta i córek: Jessie i Virginii) Mann była już znana z tego, że chętnie fotografuje dzieci. Problem w tym, że jej zdjęcia nie przedstawiają dzieci takimi, jakimi chcą je widzieć rodzice, ale takimi jakimi . W 1988 roku, na potrzeby projektu At Twelve: Portraits of Young Women, Sally sfotografowała kilkanaście dojrzewających dziewczynek i pokazała, że te wyrośnięte dzieci, słodko-bezczelne podlotki mogą być samotne, przerażone, przestraszne, wyzywające.

Pokazywanie cudzych dzieci uszło jej na sucho, swoich – nie bardzo. Projekt Immediate Family wywołał skandal. Mann z miejsca oskarżono o szerzenie dziecięcej pornografii i wykorzystywanie dzieci na potrzeby chorych projektów artystycznych. Wielu sprawiedliwych chciało wtrącić ją do więzienia, bardziej miłosierni proponowali, że chętnie zajmą się wychowaniem skrzywdzonych dzieci Mann. Na szczęście instytucje sprawiedliwości nie zainteresowały się pierwszą propozycją, a artystka – drugą. Dzieci zostały przy matce: najmłodsza z ofiar matki-fotografki została prawniczką, średnia – modelką i, o zgrozo!, fotografką, a najstarsza (syn) – dołączyła dobrowolnie do Korpusu Pokoju i w krajach rozwijających się, w ramach „propagowania wiedzy o Stanach Zjednoczonych” być może opowiada o projektach artystycznych Sally.

Wiesz już, jak komentowali fotografie „inni”. Sama Sally próbowała tłumaczyć, że jej zdjęcia przedstawiają wakacyjną codzienność jej dzieci: bawią się, nudzą, pływają w rzece (zwykle nago), wygłupiają (czasem nago). I że te sprośności miały miejsce na farmie rodziny, na której, prócz nich, nie było w tym czasie żywego ducha (nawet obecny tam pies był już martwy i rozkładał się spokojnie na potrzeby innego projektu fotograficznego Mann). I że te fotografie nie mają nic wspólnego z dziecięcą pornografią, a ona sama, fotografując potomków, nie chciała stworzyć pożywki dla zainteresowanych sztuką pedofilii.

Mnie te zdjęcia zachwycają. Kojarzą mi się z tym, z powinno się kojarzyć dzieciństwo – z wolnością. I chciałabym kiedyś móc zrobić podobne własnym dzieciom. Mam tylko wątpliwości, czy pokazałabym te fotografie publicznie.

Ale – ona jest artystką, ona pokazała.

Iz., pornografia?

Kasia

Kasiu,
Nagość jak zwykle okazała się podejrzana.
Czasami aż dziw bierze, że kobiety nie rodzą w majtkach, a dzieci nie przychodzą na świat od razu w śpioszkach.
W ostatnich latach coś się jednak zmieniło. Kiedyś zakazana była nagość ludzi dojrzałych seksualnie, dzieci mogły liczyć na taryfę ulgową. Teraz jest na odwrót. Wiadomo dlaczego. Pedofile.

Większość rodziców fotografuje swoje nagie dzieci. A to w kąpieli, a to podczas przewijania. Czasami zamieszczają te zdjęcia w serwisach społecznościowych. Policja ostrzega – pedofile kradną takie zdjęcia i dołączają je do swoich kolekcji. Czy to oznacza, że rodzice zajmują się produkcją pornografii, a grzechotki i zasypki dla niemowląt stają się akcesoriami erotycznymi? Oczywiście, że nie.

W dziecięcej nagości nie ma nic złego, podobnie jak w kobiecych włosach nie mieszka szatan, a minispódniczka nie jest zaproszeniem do gwałtu. Tak, są ludzie, którzy odczuwają to inaczej, ale to raczej z nimi jest coś nie w porządku. To nie powód by pakować dzieci w czadory.
Zdjęcia Sally są piękne i nie tylko nie mają w sobie nic z pornografii, ale nie seksualizują dzieci. To znaczy nie nadają im tych cech osób dorosłych, które wiążą się z płcią i seksualnością.
Jak na przykład na zdjęciach ukraińskiego artysty Siergieja Bratkowa z cyklu Kids.


Te prace wywołały głębokie oburzenie.
A Siergiej wyjaśnił. To rodzice sami tak ubrali swoje dzieci. Myśleli, że będą miały lepsze szanse na castingu. Że lepiej się sprzedadzą. Dzieci też wiedziały, jak trzeba pozować. I wyszło, jak wyszło.

I tu Siergiej Bratkow utrafił w samo sedno. To nie beztroskie bieganie z gołą pupą po łące odbiera dzieciom dzieciństwo.
Dzieciństwo niszczą: buty na obcasie dla 5-latek, szminka i trwała ondulacja, staniki u dziewczynek, którym piersi zaczną rosnąć dopiero za 10 lat, rajtuzy-kabaretki i wszelkie ubranka, które dzięki marszczeniom i zakładkom sugerują istnienie kształtów, jakich małe dziewczynki nie mają.
I mają pełne prawo nie mieć.
Iza